Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feelsy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feelsy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 maja 2016

Suri

"Cały piątek spędził wisząc na telefonie, szukając czegoś do wynajęcia. W tak wielkim mieście jak Nowy Jork nie było to trudne zadanie, ale wolał większe mieszkanie albo najlepiej dom, co już sprawiało pewien problem. Nie chciał niczego „na chwilę”, bo podejrzewał, że jedno „na chwilę” szybko zamieni się w cały katalog, niefortunny zbiór niepasujących do siebie, improwizowanych rozwiązań. Nie miał ochoty zamieniać swojego życia w przelotny śmietnik."


Marzec 2016

Dziś mija okrągły rok, od kiedy Suri stała się częścią naszego Woofpacka zwanego również Gangiem Derpa. 
Z tej okazji robimy mały #throwbacksuri.


Zaczęło się od tego, że nic nie planowaliśmy. Nie planowaliśmy, że będziemy mieli trzeciego psa, dopóki nie zobaczyliśmy Suri na stronie fundacji. 
Pominę cały proces adoptowania psa – bo szczerze mówiąc, sama już nie bardzo pamiętam, jak to dokładnie się potoczyło, natomiast osobiście mogę szczerze polecić fundację Północniaki – fajna ekipa, ogarnięta i trzeźwo myśląca. 

7 maja 2015
Miesiąc kwiecień minął nam pod znakiem przygotowań i ustaleń, co do adopcji. W końcu jednak nadszedł ten dzień – 7 maja – kiedy Suri miała do nas trafić. Pamiętam, że miałam wtedy rano zajęcia z futerek, a potem zaliczenie z obrotu. Zamiast sobie powtarzać informacje o tym, z czego są robione flaki do kiełbas, lub jak bardzo jebitna może być szynka, ja zachodziłam w głowę, czy Suri siedzi już w aucie i jedzie do Szczecina, i jak znosi podróż. Bo oczywiście, jak już znaleźliśmy sobie psa, to na drugim końcu Polski, w końcu sky is the limit. 
Nie, nie widzieliśmy jej na żywe oczy. Na martwe również nie. 
Nie wiedzieliśmy też, jak reaguje na inny psy czy dzieci. 
Nie wiedzieliśmy o niej nic. Wzięliśmy kota w worku. Właściwie to psa. Psa wyglądającego jak worek kości. 

Czerwiec 2015


Pierwsze spotkanie z Suri?
Dostałam mokrego, pełnego szczerości, ulgi i niepewności buziaka. Suri jeszcze była w innym wymiarze i wirowała ponad swoim wątłym ciałem. Obie nasze lalki – Dusza i Barca – przyjęły swoją nową towarzyszkę życia z przejęciem i ufnością. Wyglądało to tak, jakby znały się od zawsze.



Maj 2015


Suri była niedożywiona, smutna i wycofana, a przyjeżdżając do nas i tak przebyła już długą drogę – została odłowiona w Lublinie, potem była leczona w Warszawie na babeszjozę, ostatecznie trafiła do nas z jeszcze nadwątlonym zdrowiem. Najważniejsze jednak było to, że znalazła dom. 
Dla nas najważniejsze z kolei było to, że tym domem dla niej jesteśmy my




Marzec 2016
Suria zbiera zachwyty. Jest potężna, ma grube łapska, dojmujące spojrzenie, i gęstą, piękną sierść. To połączenie łagodności z energią, prędkości z siłą, słodyczy z totalnym gapiostwem. Jest takim typowym Zjaranym Mietkiem. Nie ogarnia nic i nigdy, jest gamajdą pierwszej wody. Nie ma w niej ani grama agresji, jest niczym wielka przytulanka. Wystarczy do niej zagadać, a już zmienia swoją konsystencję na budyń. Trafiła nam się bezproblemowa lalka, istny anioł w futrze. 


Maj 2015

Ciężko mi sobie ją przypomnieć jako smutną kupę kości – z wystającym kręgosłupem i kościami miednicy, z brzydką sierścią, wielkimi uszami nietoperza zwisającymi jak u gremlina po bokach głowy i wygolonymi łapami po kroplówkach i zastrzykach. Walka o jej zdrowie była małą i upierdliwą odyseją – jednego tygodnia morfologia była w porządku, następnego siadała już ciężko na oba poślady. Jak wychodziła z zapalenia jelit, to pojawiło się zapalenie migdałka. Ostatecznie jednak lalka wygrała to starcie z rzeczywistością i stanęła na wszystkie cztery łapy. 
Pamiętam jak wnosiłam i znosiłam ją po schodach, bo sama nie umiała. Pamiętam jej pierwsze spacery, i jak raz nawiała nam w lesie. Serce w gardle. Ale nie uciekła. Wróciła do swojego domu. 
 




W mojej perspektywy cała adopcja była robiona na totalnego wariata. Dopisali ludzie – dziękuję każdej osobie, która przyczyniła się do tego, że Suriken do nas trafił; mieliśmy też potężne szczęście. 

Maj 2016

Tu następuje ten moment, gdzie osoby z grupy Fit, healthy, working dogs POLAND wiedzą, że zaraz rozedrę się jak prześcieradło. 

Adopcyjniaki to przecież często psy po przejściach. Bite, głodzone, odtrącone. Zdarzają się takie promyki, jak Suri, która mimo wielu złych przeżyć nadal garnie się do ludzi z całą walizką miłości, ale nie każdego psa stać na tyle optymizmu i łagodności. 
To taki okrężny wstęp do faktu, jak bardzo drażni mnie już mocno utarty slogan: nie kupuj, adoptuj. 
Czerwiec 2015
Nie zrozumcie mnie źle – bardzo pochwalam sam mechanizm adopcyjny i fakt, że ludzie chcą brać porzucone zwierzaki i dać im nowe, lepsze życie. Od dłuższego czasu jednak obserwuję pewną tendencję, takie odgięcie w drugą stronę. Każdy, kto chce psa z hodowli, od razu jest tępiony. Samym hodowcom, tym dobrym, sprawdzonym i rzetelnym, też się po trosze obrywa. 
Powiedzcie mi, czemu mamy brać odpowiedzialność za czyjeś widzimisię? Okrutna prawda wygląda tak, że pies nie jest niczyją powinnością czy obowiązkiem, a zachcianką. Zachcianką, która nierzadko trafia na śmietnik czy ulicę. Bo się znudziła. 
Rozumiem ludzi, którzy biorą zwierzaki ze schronisk, przytulisk czy fundacji. Sama chętnie, gdybym miała odpowiednie warunki, przytulałabym psiaki chociażby na DT. Ale jednocześnie mam pełne zrozumienie dla osób, które wybierają psy hodowlane. Mam tu na myśli tych odpowiedzialnych, którzy mają konkretne preferencje i chcą psa o pożądanych cechach. To nic złego: wiedzieć, czego się chce. To zmniejsza ryzyko, że pies zostanie porzucony. 
Jasne, że ryzyko istnieje. I rasowym zdarza się brzydko zlądować. To nie jest regułą. Może się zdarzyć przecież wszystko – losowa sytuacja życiowa, lub z nagła ujawniona głupota, wcześniej ukrywająca się pod postacią allelu recesywnego... 

Maj 2015
Tak jeszcze odnośnie adopcji.
Mnie się to nie przytrafiło, ale nie zliczę, ile razy słyszałam historię o podobnym zabarwieniu. Mianowicie – zbyt gorliwi ludzie od adopcji. Jak już wspominałam, ja spotkałam się z trzeźwo myślącymi i konkretnymi osobami, ale nie da się ukryć, że niektórym chce się aż za bardzo. 
A bo za małe mieszkanie, a bo za duże, a bo wynajmowane; a bo płot nie taki, a bo tu schody, a sąsiedzi, a dzieci, a koty, a tu słońce w zenicie, a tam przejście do Asgardu. Wywiad rodzinny do trzech pokoleń wstecz z odnogami, i po kiju, i po kądzieli, a do tego testy psychologiczne, podanie, trzy zdjęcia i zgoda rodziców. 
Są też i tacy z całkiem przeciwnego bieguna - po prostu nierzetelni, którzy powinni dostać medal za prace (tu: wolontariat) robione na odpierdol. 
To nie bierze się znikąd, oczywiście. Chrzanią obie strony – bo jest tyle samo historii o świrach z fundacji, co o idiotach, którzy wzięli psa i go zmarnowali.
Adopcje to ciężkie przeprawy, dla wytrwałych, ze stalowymi nerwami. Osobiście nie umiem określić swojego stanowiska względem nich. Dobrze, że są. A jakie są – to sprawa dyskusyjna. Nie ma co generalizować, zarówno w pochwałach, jak i w jobach. 

Październik 2015
Mój bełkot ma puentę: nie wciskać na siłę. Nie wtryniać się nikomu w sumienie. Nie narzucać się. Presja jest największym sprzymierzeńcem nieszczęścia.
Myśmy wzięli Suri z wewnętrznej chęci. Kocham tę rudą pokrakę z całego serca i skoczyłabym za nią w ogień. Dla kogoś była niepotrzebnym ciężarem, dla mnie jest członkiem rodziny, moim dzieciakiem, który zawsze wita mnie z błyskiem w oczach i machającym ogonem. Nikt nas nie przymuszał, nikt nam nie suszył głowy. Ot, rude było, to się u nas zagnieździło. 

„Psy ze schroniska kochają bardziej”. Ciekawa jestem, kto to sprawdził. Kto przeprowadził jakieś badania i doszedł do takich wniosków. Amerykańscy naukowcy? Ja wiem, że amerykańscy naukowcy dowiedli nawet tego, że amerykańscy naukowcy nie istnieją, ale nieśmiało nawołuję o odrobinę zdrowego rozsądku.
Emocjonalność u psów jest zgoła inna niż u ludzi - są to procesy podobne, ale nie należy ich traktować jednakowo. Nikt nie wynalazł żadnej miarki mierzącej, który pies jest bardziej nieszczęśliwy i jak to się przełoży na jego miłość do człowieka. Gdyby tak było, to Dusza byłaby bardzo niewdzięcznym dzieciakiem, bo od stadium małej brzydkiej foki była kochana i rozpieszczana. 
To nie jest tak, że pies ze schroniska kocha bardziej. Pies obdarzy człowieka uczuciem, jeśli rzeczony człowiek sobie na to zasłuży. 
Miłość twojego zwierzaka jest dowodem na to, że masz serce. 
No i powiedzcie mi teraz, że filmy Marvela są bez morałów... 

piątek, 4 marca 2016

Sędzia

Nie mogę się zdecydować, o czym mam pisać. 
Rzut monetą? 
Orzeł - będzie naukowo
Reszka - będzie filmowo

Reszka! 
Orzeł - fajny film
Reszka - niefajny film

Orzeł. 

"Za sześć dni miną równo dwa lata, odkąd świat pożegnał się z najbardziej marudnym facetem wszechczasów. Mój ojciec mędził na wszystko do samego końca. Jeszcze jadąc na salę operacyjną stękał matce, że pewnie cholerne konowały coś schrzanią i wyprawią go na tamten świat. 
- Pamiętaj, w razie czego, masz się z nimi sądzić!" 


Czy widział Was z ktoś The Judge?
W Polsce ten film nie zyskał wielkiej sławy. Nie jest to wyróżniająca się ekranizacja, szczególna perełka, sedno światowej kinematografii. Nic z tych rzeczy. To zwykły, najzwyklejszy film obyczajowy, całkowicie wpisujący się we wszelkie typowe amerykańskie standardy. Żadnego zaskoczenia, żadnego zdziwienia. 
Ale mam do niego szczególny sentyment
I to nie tylko dlatego, że gra w nim mój najulubieńszy pan Downey Jr, aczkolwiek to on mnie zachęcił do obejrzenia Sędzi. 
Nie, żebym się do tego zbierała jakiś milion lat. 
Rzecz w tym, że ja nie lubię oglądać. Szczególnie w pojedynkę. Jakim sposobem udało mi się przebrnąć przez sześć sezonów dr House'a i sześć sezonów Supernaturala - nie mam pojęcia. Moje pełne skupienie kończy się gdzieś po trzydziestu sekundach. Koncentracja level carpet. 
Gapienie się w ekran na ruszające się obrazki to dla mnie strata czasu (jakbym go nie marnowała w inny sposób). Wolę książki. Przede wszystkim wolę książki. 
Trochę inaczej sprawa się ma, kiedy oglądam coś w towarzystwie. Och, wtedy to pełne skupienie, styki się aż palą, mózgownica chodzi jak na karuzeli. What kind of sorcery is that, dunno. 

"Później się okazało, że staruszek miał też bardzo słabe serce i musiał z tego powodu odczuwać spory dyskomfort. Ale zbagatelizował sprawę, mnie natomiast nigdy nie słuchał. Byłam przecież jego córką. To ja powinnam słuchać jego. 
Jego śmierć nie była dla mnie niespodzianką. Chyba podświadomie czułam, że jego ignorancja w końcu zbierze chciwe żniwo. Sullivan, kolejny wielki zmarły, powiedział mi kiedyś, że władza nie polega na wydawaniu komend, ale na umiejętnym słuchaniu.
Ojciec słuchać nie umiał."


Już straciłam wątek... 
Film. Tak. Wracając do filmu.
Fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Poznajemy prawnika Hanka Palmera, totalnego cwaniaka. RDJ zazwyczaj gra totalnych cwaniaków, albo totalne gamajdy. Taki jego urok, taki jego styl. Gdzieś przeczytałam, że leci na jedno kopyto i starkuje, ale Tony'm Starkiem jest od 2008 roku, a w filmowym biznesie siedzi jakby nieco dłużej. Wcześniej starkował podświadomie? 
Fani Marvela wysnuli teorię, że RDJ tak naprawdę wyszedł z komiksu Stana Lee. 


Coś w tym jest. 
Hank ma prawo być totalnym cwaniakiem, bo jest utalentowanym prawnikiem. Wymiata niczym odkurzacz Nono, istny człowiek sukcesu. Podczas jednej ze spraw dostaje telefon, że jego matka nie żyje. Z wielką niechęcią wraca do rodzinnego miasteczka. 
I tu zaczyna się zabawa. 


Pościgów, latających flaków, czy wybuchów jak u Michaela Bay'a nie ma, ale robi się ciekawie, kiedy syn staje w obronie ojca, z którym przez wiele lat był skłócony. Rolę ojca - tytułowego sędzi - odegrał Robert Duvall, a zrobił to naprawdę genialnie. Dzięki temu widz obrywa całym wachlarzem emocji, od skrajnej niechęci (giń, ty wredny dziadu) po dużą dawkę sympatii (analogicznego komentarza w nawiasie nie będzie).  


Rolę etatowego złego skurwysynka dostał Billy Bob Thornton. Pasowało mu to jak ulał, nie powiem. 


Jak już wyżej wspomniałam - ten film jest prosty, a skupia się na uczuciach i ścieżkach, którymi postacie dochodzą do pewnych prawd i wniosków. Mogę się wydać sentymentalną i ckliwą ciapą (bo w zasadzie nią  jestem), ale to właśnie dzięki temu Sędzia tak bardzo przypadł mi do gustu. 
Nie ma nic trudniejszego niż powrót do przeszłości, nie po to by z nią walczyć, ale żeby się z nią pogodzić. 


Co jest ważniejsze? Prawda czy własny honor? Umiejętna obrona, czy ślepa sprawiedliwość? Ile warte są więzy rodzinne, jak nieznośny do uniesienia może być życiowy bagaż? Czy można wybaczyć komuś krzywdę, można uznać ją za potrzebny czynnik wychowawczy? Czy warto dawać drugą szansę? Jak to wszystko ogarnąć, zrozumieć i uporządkować, kiedy wcześniej najzwyczajniej w świecie się uciekło? 


"Czasami myślę, że wyznacznikiem człowieczeństwa nie są zdobyte osiągnięcia czy zasługi. Nie, prawdziwą miarą człowieka jest to, jak traktuje swoje dzieci, swoje największe dzieło. To wcale nie są górnolotne słowa – jesteśmy zaprogramowani na rozród, rozwój populacji i kontynuację jej istnienia. Jesteśmy częścią ewolucji, która jest ciągłym, płynnym procesem. Nie każdy powinien brać udział w budowaniu naszej przyszłości, skoro nie umie jej uszanować. Mój ojciec nie umiał."
 

Czasami stykasz się z czymś - całkiem normalną, zwyczajną rzeczą - a ona niespodziewanie kopie cię z półobrotu, aż padasz twarzą w gruz. To dość bliskie uczucie do tego, jakie się odnosi po przeczytaniu naprawdę oddziałującej na człowieka książki. Taka ssąca pustka, klaps prosto w odsłonięte dziąsło. Coś, co zaczyna drążyć, coś co narywa jak zepsuty ząb. Aż palce świerzbią. 
Czy tylko ja tak się czuję, kiedy coś mnie inspiruje? 


Spodobał mi się zamysł filmu. Schemat tak często powtarzany w prawdziwym życiu. W mojej łepetynie zaczęły momentalnie tworzyć się kolejne odnogi, scenariusze, postacie. Ponieważ nie umiem uwolnić swojej wyobraźni inaczej niż poprzez pisanie... 


"- Nie mówiliśmy na niego tata tylko sędzia. – Podniosłam głowę dumnie do góry i spojrzałam na grób spod rzęs. 
(...)
- Twój ojciec był surowy? 
- To nie miało nic wspólnego z surowością. Był skurczybykiem, który lubił powtarzać, że trzyma w domu zwierzęta. – Odparłam. – Nie zrozum mnie źle, z pozoru krzywda nam się nie działa. Ale jednak czegoś brakowało. Jego wsparcia? Zwykłego uśmiechu? Uwielbiał konflikty, uwielbiał niszczyć ludzi, podkopywać ich pewność siebie i ambicje. My byliśmy jego ulubioną pożywką. Własna krwawica. Chciał, żebyśmy byli twardzi, to była jego wymówka. – Zamilkłam na chwilę i zwiesiłam głowę. – Lubię słuchać, jak rozmawiasz z Charlie. Lubię patrzeć, jak ją tulisz, całujesz, jak okazujesz jej swoje uczucie i jak spędzasz z nią czas. Dla mnie to coś egzotycznego, bo ja nigdy nie rozmawiałam z moim ojcem. Nie miałam o czym i najzwyczajniej w świecie się bałam. Bałam się jego grzmiącego głosu, złego spojrzenia, nagłej tyrady. Lubował się w wyśmiewaniu nas. Był naprawdę oschły. Uważał, że okazywanie uczuć swoim dzieciom jest niewłaściwe, chore, zboczone… Całe życie był dla mnie wyniosły i odległy, w każdej możliwej sferze. Mama była od kochania, przytulania, całowania, pocieszania, rozmawiania… Ojciec był sędzią. Po prostu istniał."


Stiw okazał się nader godnym pisarskim kamratem. Kiedy coś tworzysz, to o wiele większą radość sprawia ci, gdy tworzysz to z kimś, gdy dzielisz się z nim pomysłami, planami, ułamkami swojej pracy. Do tej pory dostaję dreszczy ekscytacji za każdym razem, gdy widzę jak dwie równoległe historie - nasze dwie nitki - przeplatają się ze sobą, naśladując prawdziwe (choć tragikomiczne) życie. Pomimo tego, że nasza wspólna praca ma grubo ponad 2000 stron. Pomimo tego, że piszemy bez ustanku od około dziewięciu miesięcy, to nie czujemy się znudzone. Jest tyle możliwości, tyle perspektyw. 

I to wszystko, całkiem przypadkowo, zaczęło się właśnie od Sędzi

Jak bardzo Was osłabiłam?


Spodziewaliście się recenzji? Konstruktywnej opinii? 
A czy ja w adresie mam "filmweb"? 


piątek, 26 lutego 2016

Disappointment

Z cyklu: derpowe filozofie aka TL;DR, ale będą fajne obrazki. Chyba.

"Od strony morza nadciągał sztorm. Fale były coraz większe, a ich grzbiety spiętrzały się i wściekle pieniły. Niebo jakby zapadło się w dół o kilka pięter. Brzuchate chmury zwieszały się nisko niczym zmęczone upiory. Lada chwila mogło ostro lunąć. 
- Lubisz mnie?"

Stiw wysłał mi to: 
Potem zaproponował:

A wtedy ja poczułam się tak:


Wyspa Disappointment jest jedną z siedmiu wysp należących do archipelagu Wysp Auckland, a który to archipelag należy do Nowej Zelandii. Ponieważ mam chore ambicje uciec do Nowej Zelandii hodować owce, więc jak dla mnie: bomba! 
Alternatywą jest wyjazd do Nowego Jorku i zostanie Avengerem Assvengerem. 
Wyspa Disappointment jest najmniejsza z całego archipelagu, i jak cały archipelag, jest niezamieszkała. Bomba po raz drugi. W dodatku leży w sporym oddaleniu - 8 kilometrów od Wysp Auckland i 290 kilometrów od Nowej Zelandii. Żadnych sąsiadów, można kręcić imprezy. 

Wkurzony albatros,
Thalassarche steadi
Na wyspie gniazduje niemal cała światowa populacja albatrosów szarodziobych, a właściwie ich pewna odnoga - Thalassarche steadi. Nie wszyscy biolodzy zgadzają się co do tego, czy powinno się je faktycznie traktować jako odrębny gatunek od albatrosów szarodziobych (Thalassarche cauta). 





wodnik maoryski,
Lewinia muelleri
Poza tym wyspę zamieszkuje ptasi endemit - wodnik maoryski (Lewinia muelleri). To mały ptaszek, który latania nie preferuje, i jest swego rodzaju biogeograficzną anomalią, bo jako jedyny ze swojego rodzaju chruścieli (Lewina) dotarł do Nowej Zelandii, i to wcale nie do centrum, a właśnie do dwóch wysp archipelagu Auckland: Wyspy Adams i Wyspy Disappointment. 
Woli przedmieścia. Cwaniak. 
Obawiano się, że wodnik dokonał taktyczny odwrót (zdarzyło mu się wymrzeć), ale w 1966 został odkryty na nowo. 

Wyspa należy do ostoi ptaków IBA - Important Bird Area (Important Bird and Biodiversity Area). Innymi słowy jest obszarem ważnym ze względu na ochronę populacji ptaków. 

Side note: nie ufajnie nie-łacińskim nazwom zwierząt. 
Ja szukając ptaszka znalazłam to:

I'm not even mad. 

Dundonald
Teraz trochę historii
14 maja 1866 roku statek General Grant rozbił się na klifach zachodniego wybrzeża wyspy Auckland (główna wyspa archipelagu). Przeżyło piętnastu ludzi, którzy dotarłszy do wyspy Disappointment przeczekali tam osiemnaście miesięcy na ratunek. 
7 marca 1907 roku, żaglowiec Dundonald zatonął na zachodniej stronie wyspy. Przeżyło szesnastu ludzi, którzy z kolei czekali jedyne siedem miesięcy na ratunek. Przeżyli dzięki castaway depot, czyli magazynowi z zaopatrzeniem. Takie magazyny ustawiane są na izolowanych wyspach właśnie w razie takich sytuacji - dla rozbitków. W wypadku załogi żaglowca Dundonald, taki castaway depot był na wyspie Auckland. 

Lecę tam. I to na zaczarowanym dywanie. 
(Koniec ścieżki edukacyjnej, czas na osobiste rozterki).

W zasadzie nie o tym miał być wpis. Ale ja, jak zwykle, dryfuję ze swoimi myślami wszędzie tam, gdzie nie powinnam i omijam główny problem. Odwlekam podejmowanie jakichkolwiek decyzji. Odwlekam wszystko. 
Ostatnio dość często myślę o odległym miejscu. Odległym, osamotnionym. Drobinie ziemi pośrodku bezkresnego morza. Żeby zewsząd dochodził mnie szum fal. Żeby słońce wstawało z morskiej toni, a pod koniec dnia osuwało się w turkusową głębię.
Samotność z 65 tysiącami albatrosów? 
Duszy by się spodobało. Morze ją intryguje, choć do wody ma stosunek umiarkowany, szczególnie kiedy na końcu smyczy ma taką kotwicę jak ja. 
Ona wie, jaki ze mnie pływak olimpijski. Z Titanica to byśmy się nie uwolniły. 
Czy chęć izolacji powinna mnie niepokoić? Izolacji ludzkiej, tej na najwyższym poziomie. Nic tak mnie nie uspokaja jak widok przyrody. I nic tak nie mrozi mi krwi w żyłach, jak widok ludzi. wolałabym być częścią tego pierwszego niźli tego drugiego.
Jestem samotnikiem, który coraz bardziej osuwa się w swoją pustelniczą, tytaniczną pułapkę. Dotyka to najbardziej tych, którzy są wokół mnie - mam mentalnego raka, przyznaję się. Naprawdę szczęśliwa czuję się w znacznym oddaleniu od ludzi. 
Mam świadomość, w jakim rozczarowującym położeniu jestem. Korzystam przecież z całej tej ludzkiej dobroci, chłonę otaczający mnie świat, jestem wrażliwa na wszelkie informacje, podziwiam zdjęcia, oglądam filmy, czytam książki. Nie szukam więc całkowitego odcięcia, a fizycznej bariery, bezpiecznego miejsca ucieczki, punktu odpoczynku, stacji, gdzie mogłabym naładować mentalne akumulatory. Tyle, że te moje bateryjki są całkiem rozpieprzone. Wyładowują się w mgnieniu oka, nawet na czuwaniu. 
Myślę, że to moja reakcja na wszechobecny nadmiar. Nawał informacji, nawał oczekiwań, jeszcze więcej rozczarowań własną osobą. Od tego, tak naprawdę, nie da się uwolnić, można to jedynie w sobie zwalczyć, zdusić, stłamsić. Trzeba żyć głośno i odważnie. A żyję w stłumieniu, nie umiem więc odnaleźć się w społeczeństwie otwartości i pewności siebie, czegoś, co ja nazywam zwykłą nachalnością. Brakuje mi dystansu. 
Nawet do samej siebie. 

Mam taką myśl, której nie mogę odpowiednio sprecyzować. Myśl o tak głębokiej izolacji, że własne wyobrażenia i rojenia stają się czymś rzeczywistym. Kiedy zewnętrzna skorupa rozpada się, i można żyć wedle własnego życzenia i we własnym świecie, niezaburzonym żadnymi niezależnymi, zewnętrznymi bodźcami. Tylko jedno ludzkie istnienie, tylko jedno wyobrażenie. Tylko jedna prawda. 
Jest ryzyko. Bo może się okazać, że wcale nie jesteś człowiekiem, za którego się uważałeś. 
Czy to nie ekscytujące? 
Moją namiastką takiego stanu są moje psy. Wiem, głupio to brzmi, ale to moje odczucia, także fuck off, piss off, Gordon Ramsay approves. Brak ludzkiego czynnika i najcudowniejsze czekoladowe spojrzenie mojego kundla - czy ktoś słyszał lepszym lekarstwie na wszelkie (moje) nerwy?
(Prócz maści na ból dupy?)

"Czytelnik może żyć życiem tysiąca ludzi, zanim umrze (...) Człowiek, który nie czyta ma tylko jedno życie."
George R.R. Martin, Taniec ze Smokami






PS. Stiw jedzie ze mną.